Przełożony raczej nie puka do drzwi swojego sekretariatu - jest to nieekonomiczne, niewygodne i poniżej jego statusu. Ale powinien w jakiś sposób dać znać, że zaraz wejdzie - odchrząknąć, zakaszleć, wyraźnie zaakcentować kroki, ostrożnie nacisnąć klamkę, zanim otworzy drzwi. Zresztą, drzwi mogą przez cały czas być nieco uchylone. W każdym razie szef powinien w jakiś sposób zasygnalizować swoje wejście, tak aby sekretarka czuła się pewnie w swoim królestwie, aby mogła szybko przygotować się na jego wejście i nie czuła się zaskoczona w chwili, gdy na przykład poprawia makijaż albo czyści nos.
Zwykle taka wizyta ma jakiś powód: trzeba przejrzeć akta sprawy, załatwić korespondencję. Czy taktowny szef rzuci asystentce papiery na biurko? W żadnym wypadku! To jest jej biurko, a porządek, ułożenie rzeczy na nim stanowi oznakowanie jej terytorium. Każde gwałtowne wtargnięcie to naruszenie terytorium, agresja, która wywołuje opór, protest, rodzi niechęć i sprzeciw. Kulturalny szef zwróci na sekretarkę pytające spojrzenie i położy dokumenty na wskazane przez nią miejsce albo wręczy jej papiery, dodając wyjaśnienie.
Wchodząc do pomieszczenia zajmowanego przez kogoś, zawsze wkraczamy na czyjeś terytorium. Niezależnie od tego, czy jest to biuro, czy prywatne mieszkanie. W sferze prywatnej wizyty wiążą się często z pewnymi problemami, gdyż bliscy członkowie rodziny i dobrzy przyjaciele sądzą często, że wszystko im wolno, i niekiedy zachowują się rzeczywiście jak u siebie w domu. Teściowa uważa, że syn ciągle jeszcze należy do jej terytorium - ale tak samo myśli (i ma do tego większe prawo) synowa; dobra babcia rządzi się w kuchni gospodyni, jakby to była jej własna… Po dwóch, trzech dniach takie tarcia doprowadzają zwykle do uroczej rodzinnej sprzeczki. Krewni zwykle nie rozumieją, o co chodzi, teściowa i babcia czują się urażone i osobiście dotknięte, odrzucone i spostponowane. A przecież sprawa jest prosta: one tylko przekroczyły granice swojego terytorium, a tego dałoby się uniknąć” przy odrobinie zastanowienia i wyczucia.
Kiedyś pewna Angielka opowiadała mi o swoim amerykańskim gościu, którego bardzo lubiła, i który irytował ją tylko tym, że nie pytając i bez najmniejszego skrępowania sięgał do jej lodówki. Podczas rewizyty Amerykanin powiedział jej, że ma po prostu wziąć sobie coś z lodówki, jeśli tylko zechce jej się pić. Tak jak to jest przyjęte w Ameryce. Ale moja Angielka tego nie robiła, gdyż takie postępowanie było sprzeczne z jej odczuwaniem terytorium. Musimy więc także mieć na uwadze, że sprawy związane z terytorium są pojmowane różnie w zależności od kręgu kulturowego i panujących zwyczajów.